21 lipca, 2014

Rozdział LII "jego duma jest zbyt duża, aby zmieściła się w kopercie"

Aut:
Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Musiał upłynąć miesiąc zanim wstawiłam ten rozdział, ale po prostu nie potrafiłam go napisać. Normalnie się zepsułam xd
Nie jest on najlepszy, ale końcówka chyba jest znośna, także mam nadzieję, że dacie radę i wybaczycie! :D
Tak prze okazji, to zdałam prawo jazdy! Teraz czekam tylko na wyrobienie. Już się nie mogę doczekać ^^
Nie przedłużając, zapraszam do czytania ^^



                Czas w Norze płynął powoli i stosunkowo nudno. Z początku, pojawianie się nowych osób, które przekazywały istotne informacje było ekscytujące. Poznawali innych członków Zakonu Feniksa, najczęściej szpiegów lub informatorów. Z czasem jednak ich wizyty stały się codziennością. Czarodzieje pojawiali się nagle, przekazywali szeptem wiadomość i znikali. Harry, Ron i Ginny chodzili źli na cały świat, bo pomimo tego, że Dumbledore przyjął ich do Zakonu, to nikt nigdy nie przekazywał im nowych wieści. Traktowali ich jak dzieci, które są niewidzialne.
            Hermionę to nie obchodziło. Była w Norze tylko gościem, nie miała prawa żądać planów wojennych. Nie oznaczało to oczywiście, że nie była ciekawa, jednak umiała się pohamować. Bardziej niż to, interesowało ją, dlaczego widziała już wszystkich członków Zakonu, poza Severusem. Od przyjazdu do domu Weasley’ów minął tydzień, a on ani razu się jeszcze nie pojawił. Nie odpisywał również na listy, ale to akurat specjalnie jej nie dziwiło. Nigdy tego nie robił, czym doprowadzał wszystkich wokół do szewskiej pasji.
            Dwukrotnie natknęła się na Dumbledore’a. Pojawił się w Norze na obiedzie, wraz z innymi bliższymi Weasley’om członkami Zakonu. Gdy próbowała wypytać go o Severusa, uśmiechał się dobrodusznie i mówił, ze wszystko jest w porządku – „Profesor Snape ma dużo pracy, Hermiono, nie powinien się od tego odrywać. Nie w takiej chwili. Bądź tak dobra i nie zawracaj mu głowy”.
            Starała się to zrozumieć – w końcu Snape był jedną z ważniejszych osób podczas tej wojny. Nie chciała, aby przez nią odrywał się od pracy, ale napisanie jednego krótkiego listu w stylu „wszystko w porządku” z pewnością by nie zaszkodziło.
            W dodatku wielkimi krokami zbliżał się termin porodu. Póki co wolała o tym nie myśleć – perspektywa wielogodzinnej agonii nie była specjalnie zachęcająca – jednak, gdy wreszcie próbowała poruszyć ten temat z panią Weasley, słyszała odpowiedź, że ma jeszcze dużo czasu i nie powinna martwić się na zapas. Dlatego była pewna, że nim upłynie kolejny tydzień pobytu w Norze, oszaleje.

            - Może dobrze zrobiłby ci spacer? – zaproponowała któregoś dnia Ginny, widząc jak jej przyjaciółka się męczy.
- Dzięki, ale nie. Wolę zostać… - mruknęła i przewróciła stronę. Hermiona ostatnio nic innego nie robiła, poza czytaniem książek. Tylko to dostatecznie odwracało jej uwagę.
- On jest zajęty… sama najlepiej wiesz, jak Dumbledore na nim polega.
- Wiem, Ginny – podniosła na nią karcące spojrzenie.
- Z takim podejściem niedługo zwariujesz – stwierdziła i przewróciła oczami. Miała jeszcze coś dodać, ale otworzyły się drzwi od kuchni i stanęła w nich profesor McGonagall.
            Hermiona zamknęła książkę i uśmiechnęła się do byłej opiekunki domu. Ostatnio mogła porozmawiać tylko z nią.
- Dziś wieczorem odbędzie się trening. Przeniesiecie się do szkoły za pomocą sieci Fiuu. Jako, że są wakacje, spotkanie odbędzie się w Wielkiej Sali, a nie w Pokoju Życzeń.
- Będzie obecny profesor Snape? – zapytała Ginny, wyprzedzając pytanie Hermiony.
- Oczywiście, panno Weasley. To jego zajęcia.
             W kuchni zaległa cisza, którą przerwała Molly, wykładając na stół dyniowe paszteciki.
- Zostaniesz na obiedzie, Minerwo?
- Chętnie – McGonagall zajęła miejsce przy stole i zwróciła się do Hermiony - Nie pójdziesz na trening, tylko zostaniesz tutaj, rozumiesz?
- Jak to… - próbowała zaprzeczyć, ale nie wiedziała co dokładnie powiedzieć.
- To rozkaz dyrektora. Uważa, że nie powinnaś się teleportować.
            Hermiona zacisnęła pięści, ale skinęła głową. Dlaczego Dumbledore nie może jej powiedzieć tego osobiście, tylko wysyła McGonagall? Co takiego się zmieniło?

            - Rozmawiałeś z Hermioną?                                                               
- Są wakacje. Nauczyciele nie powinni wypytywać swoich uczniów, a już na pewno nie tych byłych – warknął Snape, pochylając się nad kociołkiem. Powąchał wywar i dodał śluz gumochłona.
- Ona się martwi, idioto.
- I prawidłowo. Zaraz będzie wojna – Severus spojrzał na Marcela i westchnął. – Wiedziała w co się pakuje. Koniec roku był ciężki dla wszystkich.
            Marcel pokręcił głową i również zajrzał do kociołka. Zamieszał trzy razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Przez chwilę stali w milczeniu, czekając aż wywar zmieni barwę.
- Gdyby ci nie zależało, nie robiłbyś tego eliksiru – odezwał się cicho, kładąc mu dłoń na ramieniu. Potem wyszedł z pracowni, zamykając za sobą drzwi.
            Severus uśmiechnął się sarkastycznie pod nosem i zaczął przelewać miksturę do fiolek. Każdą skrupulatnie opisywał swoim cienkim i pochyłym pismem. Na każdej było napisane tylko jedno słowo – „Hermiona”.
            Została godzina do treningu. Snape skierował się na kolację do Wielkiej Sali i jak zwykle moment później pojawiła się sówka. Zwierzątko, które wylądowała przed jego talerzem zaczęło podskakiwać i pohukiwać. Wystawiło maleńką nóżkę, do której przywiązany był liścik.
- Uspokój się – warknął i odwiązał świstek.
            Severus rozwinął list i przeczytał. Oczywiście był on od Hermiony, jak cała reszta wiadomości z przed tygodnia, tylko, że tym razem nie były to spokojne prośby o kontakt, ale groźby.
            Mężczyzna transmutował widelec w pióro, a serwetkę w papier. Następnie naskrobał kilka słów i przywiązał list do nóżki sówki, aby chwilę później zrzucić ją bezceremonialnie ze stołu. Ptak fuknął żałośnie w jego kierunku i odleciał.  

            Draco leżał na łóżku i tępo patrzył w sufit. Od tygodnia miał wakacje, ale w ogóle tego nie czuł. Rezydencja jego rodziny zamieniła się w główne miejsce spotkań Śmierciożerców, a Czarny Pan  wprowadził się na stałe. Jego rodzice chodzili poddenerwowani, co w sumie nie było niczym dziwnym. W każdym momencie mogli zginąć.
            Narady odbywały się niemal co wieczór, ale Draco na szczęście nie musiał się na każdej pojawiać. Był za nisko w hierarchii, aby Voldemort zauważał jego nieobecność. Współczuł jednak Snape’owi, który nie miał tak łatwo. Musiał przychodzić na każde spotkanie, inaczej był srogo karany.
            Nagle w jego pokoju aportował się skrzat i skłonił się niemal do ziemi. Potem patrząc na własne stopy, oznajmił.
- Panicz jest proszony na obiad.
- Nie jestem głodny – warknął, podnosząc się do pozycji siedzącej. Nie lubił w ten sposób traktować skrzatów domowych, ale inaczej wzbudziłby podejrzenia.
- Pani Malfoy kazała przekazać, że na obiedzie pojawi się pan Snape - zapiszczał Gnębik.
- Już schodzę… - Sługa skłonił się ponownie do ziemi i deportował z głośnym trzaskiem.
            Draco wstał z łóżka i ubrał jeden ze swoich ulubionych garniturów. Rodzice wymagali od niego, aby nawet na zwykły posiłek ubierał się niczym książę. Już był tak przyzwyczajony do koszul i mankietów, że źle się czuł w zwykłym podkoszulku. Ostatni raz przejrzał się w lustrze i zszedł spokojnie do salonu.
- Severusie! – uśmiechnął się ledwie zauważalnie, na widok ojca chrzestnego. Uścisnęli sobie ręce. Malfoy zauważył, że Snape kiepsko wyglądał. Na pewno schudł, a jego cera zrobiła się jeszcze bardziej ziemista.
- Witaj, Draco – w ręce trzymał szklankę z Ognistą Whisky, która wciąż była pełna. W domu wroga trzeba być trzeźwym. W pewnym momencie rozejrzał się, aby upewnić się, czy są sami. Następnie rzucił Muffliato. – O co chodzi?
- Co z Hermioną? – zapytał szybko. Nie wiedzieli ile mieli czasu.
- W porządku… nie widziałem się z nią, ale od Dumbledore’a wiem, że jest w Norze… - zaczął, ale chłopak mu przerwał.
- Będzie przeniesiona do Munga?
- Dumbledore woli nie ryzykować. Umieścimy ją w Skrzydle Szpitalnym, gdy będzie trzeba.
- Ale… - Malfoy urwał, patrząc z rozpaczą na swojego byłego nauczyciela.
- Posłuchaj, Draco. Nie znam wszystkich Śmierciożerców. Niektórzy Magomedycy mogą być szpiegami Czarnego Pana.
            W końcu chłopak niechętnie się zgodził.
- Zajmij się nią.
- Jestem Mistrzem Eliksirów, nie Uzdrowicielem – chłodno przypomniał Severus.
- No właśnie. Uwarz coś…
- Draco, nic jej nie będzie. To tylko poród.
            Malfoy skrzywił się. Nie znał się na tych sprawach, ale jakoś nie mógł sobie wyobrazić, że jego syn urodzi się w zwykłym Skrzydle Szpitalnym, przy pomocy szkolnej pielęgniarki.
- Zrobię co w mojej mocy – mruknął w końcu Severus, zdejmując zaklęcie przeciw podsłuchiwaniu. Potem położył rękę na ramieniu chrześniaka i poszedł zasiąść do stołu, prze okazji witając się z Narcyzą i Lucjuszem.

            Hermiona z sapnięciem usiadła na łóżku i oparła się o ścianę. Zaklęciem przywołała szklankę wody, która stała na stoliku. Spojrzała na nią wściekła i rozdrażniona wzięła łyka.
- Wyglądasz, jakby ktoś nadepnął ci na odcisk – parsknęła śmiechem Ginny, kładąc się na materacu na ziemi i wesoło machając nogami.
            Dziewczyna uparła się wręcz, że będzie spać na ziemi, aby Hermionie było wygodniej. Ona się natomiast specjalnie nie kłóciła – nie wyobrażała sobie kilka razy dziennie wstawać z podłogi. Chwilo to było niewykonalne.
- Owszem, taki wielki nietoperz – warknęła i prychnęła głośno. Miała go serdecznie dosyć.
- Co zrobił?
- No właśnie nic! Od tygodnia się nie odezwał. Nawet sowy nie wysłał…
- Myślisz, że…
- Nie! Nic mu nie jest, ale jego duma jest zbyt duża, aby zmieściła się w kopercie.
            Ginny zaczęła chichotać, a Hermiona starała się ją ignorować. Nie dość, że Severus się nią nie interesował, to Draco również nie odezwał się słowem, tylko, że jego rozumiała. Nie mógł tak po prostu wysłać jej sowy. Jedyną osobą, która miała z nim kontakt był Snape, ale on był ponad przekazywanie wiadomości!  Ona to się już nim policzy, jak tylko raczy się pokazać!
            Nagle usłyszały cichutkie pukanie w okno. Ginny wpuściła sówkę do pokoju, która od razu usiadła obok Hermiony i wystawiła nóżkę.
- To od niego, prawda? – zapytała z przejęciem, siadając obok.
- Może – rzuciła Hermiona i niepewnie odwiązała list. Rozwinęła go i przeczytała z dość głupim wyrazem twarzy. Po chwili wypłynął na jej policzki delikatny rumieniec przejęcia i odetchnęła z ulgą.
- Co ci napisał? – dopytywała się, ale jej koleżanka nie odpowiadała. Wpatrywała się w karteczkę. Zirytowana niewiedzą wzięła od niej świstek i przeczytała na głos. – „Żyję, nie dramatyzuj. SS” Serio, tylko tyle?
- Spodziewałaś się wyznań miłosnych i wierszy? – głos Hermiony był nieco bardziej piskliwy, a oddech szybszy. Naprawdę się o niego denerwowała.
- W sumie to nie… – przyznała, oddając jej list i ponownie kładąc się na ziemi. – kochasz go, nie?
- Przecież mówiłam ci, że tak.
- Ale… mi chodzi o to, że kochasz go tak naprawdę. No wiesz, miłość na całe życie, nic innego się nie liczy.
- Nic innego – powiedziała cichym głosem, chowając liścik pod poduszkę. – To jest dziwne uczucie. Nie liczy się to, jak wygląda ani ile ma blizn. Nie obchodzi mnie to, kim był kiedyś, ani co zrobił. Ważne jest tu i teraz. To jak na mnie patrzy i to jak w swój chory sposób próbuje mnie chronić.
- Brzmi poważnie. Kocham Harry’ego, ale nie wiem czy w taki sposób. Jestem cholernie zazdrosna o każdą dziewczynę, z którą rozmawia, a trochę ich jest. W końcu Wybraniec. No i może to dziwne, ale nie myślę o nim w każdej chwili, jak przystało na zakochaną nastolatkę. Nie czuję potrzeby, aby cały czas na nim wisieć, wręcz tego unikamy.
            Hermiona roześmiała się.
- Wiesz jaka jest pomiędzy nami różnica? Ja jestem zakochana w Severusie, a ty natomiast kochasz Harry’ego. Moja fascynacja Snape’em jest stosunkowo świeża – raptem rok i to jeszcze przy jego charakterze! Ty natomiast kochasz Harry’ego od bardzo dawna. Przyzwyczaiłaś się do jego obecności, nawet, jeżeli razem jesteście dopiero półtora roku. Rozumiesz?
- Tak, chyba tak – zgodziła się powoli Ginny –  A Malfoy? Jego też kochasz? Można czuć coś takiego do dwóch osób naraz?
- Draco… on jest cięższym przypadkiem. Będąc z nim, naprawdę świetnie się bawiliśmy. Chyba faktycznie coś poczułam, ale na scenie za szybko pojawił się Severus, abym pozwoliła się temu czemuś rozwinąć. Teraz kocham go tylko jak brata, tak samo jak Harry’ego i Rona.
- Mówiłaś mu o tym?
- W pewien sposób, ale on się chyba sam domyśla. Ostatnio mi powiedział, że dorósł i chce sobie ułożyć życie.
- Wiesz, że nie będzie mógł tego zrobić, dopóki jest z tobą związany za pomocą dziecka, prawda?
            Hermiona uniosła brwi i skrzywiła się lekko.
- Rozmawiałyśmy już o tym. On nie może się dowiedzieć prawdy.
- Wiem, wiem… tak tylko mówię sobie pod nosem – mruknęła Ginny. Przewróciła się na plecy i zapatrzyła się w sufit. Hermiona zrobiła to samo i z uśmiechem na ustach, zasnęła.

- Poda mi pani masło, pani Weasley? – zapytała, ziewając. Zasłoniła usta ręką, ale i tak Harry parsknął śmiechem, siadając obok.
- Oczywiście. Smacznego – Molly przysunęła jej maselniczkę, popijając spokojnie kawę.
- Nie wyspałaś się? – zażartował, pocierając bliznę. Od jakiegoś czasu go pobolewała.
- Nie specjalnie – przyznała, posyłając mu lodowate spojrzenie – Mówiłeś Dumbledore’owi?
- Tak. Stwierdził, że to raczej normalnie. Voldemort jest spięty, zaraz wojna – wzruszył ramionami i ugryzł bułkę z dżemem.
            Hermiona skinęła głową, zagryzając wargę. Ciekawa była, co o tym wszystkim sądzi Severus. W końcu był prawą ręką Voldemorta, musiał wiedzieć co planuje.
            Nagle w kominku zapłonął zielony ogień i wyskoczył z niego Snape. Hermiona z wrażenia wsadziła łokieć do maselniczki, a Ginny podsypiająca po drugiej stronie stołu, spadła z krzesła.
- Witaj, Severusie – przywitała go cicho pani Weasley, kładąc dla niego talerz na stole – chcesz kawy?
- Nie jestem tu w celach towarzyskich – burknął i uśmiechnął się paskudnie, przenosząc spojrzenie na Hermionę. – Granger!
- Dzień dobry, profesorze – odparła, starając się opanować palpitację serce, która pojawiła się na jego widok. Był cały i zdrowy, chociaż zdecydowanie zmęczony. Czy to możliwe, aby w tak krótkim czasie schudł?
- Dumbledore mnie tutaj przysłał. Temu dropsocholikowi wydaje się, że nie mam nic lepszego do roboty, tylko załatwianie spraw, które należą do Poppy! – zaczął marudzić, siadając przy stole. Molly postawiła przed nim kawę, uśmiechając się przy tym ciepło. Ta kobieta była niezwykła. Dla każdego potrafiła znaleźć trochę serca, niezależnie od tego, jak bardzo był niemiły.
- Też się cieszę, że pana widzę – zawołała wesoło Hermiona, która była nagle w o wiele lepszym humorze, niż przed jego przyjściem.
- Nie schlebiaj sobie, Granger – warknął zimno. – Przenosisz się dzisiaj do Skrzydła Szpitalnego i ja mam przypilnować, żebyś dotarła tam w jednym, chociaż ogromnym kawałku - zaśmiał się złośliwie, patrząc na nią wymownie.
- Jak pan może?! – krzyknął Ron, zrywając się z miejsca, jednak został przytrzymany przez Ginny, która również się skrzywiła.
- Lepiej być ogromną, jeszcze przez chwilę, niż być brzydkim, przez całe życie – odparowała bez zmrużenia okiem.
- Granger, lepiej rusz tyłek na górę, aby się spakować i nie wysilaj swojej wątpliwej inteligencji do wymyślania kretyńskich obelg. Zostaw to lepszym od siebie.
            Wstała i posłała mu najpiękniejszy uśmiech na jaki było ją w tej chwili stać. Severus skrzywił się, jakby ugryzł cytrynę i zajął się swoją kawą, całkowicie ją ignorując. Hermiona zdusiła w sobie śmiech, nie chcąc denerwować go jeszcze bardziej. Skinęła na Ginny i we dwie poszły na górę, aby po dobrych dwudziestu minutach wrócić, lewitując obok siebie szkolny kufer.
- Już myślałem, że zaczęłaś ro… nie ważne – mruknął pod nosem, gdy dostrzegł jej groźne spojrzenie, którego całe szczęście nikt inny nie zobaczył.
- Jak dostaniemy się do zamku, panie profesorze?
- Za pomocą teleportacji – mruknął i wstał, patrząc na nią wyczekująco. – Co tak stoisz? Żegnaj się i wracamy. Nie zamierzam tracić więcej czasu, niż trzeba!
            Do Hermiony podeszli Harry i Ron z niepewnymi uśmiechami. Przytulili się w trójkę, co z boku wyglądało nieco dziwne, bo pani Weasley zaczęła chichotać.
- Nie wiemy czego ci życzyć… - odezwał się w końcu Harry, niepewnie zerkając na byłego profesora.
- Żebym przeżyła te parę dni ze Snape’em – mruknęła pod nosem.
- Słyszałem, Granger!
- Nie wątpię…
- Nie pozwalaj sobie! – warknął oschle, rzucając jej dłuższe spojrzenie. Tak bardzo żałował, że nie mógł pozbawić jej punktów!
            Hermiona wzniosła oczy ku niebu i zajęła się Ginny, która dusiła się ze śmiechu.
- Będzie dobrze. Jak będziesz czegoś potrzebować, daj znać. W każdej sprawie – powiedziała znacząco i przyciągnęła ją lekko do siebie.
- Jasne. Będziemy w kontakcie.
            Pani Weasley zapakowała im trochę pasztecików i dała parę rad, jak wytrwać ostatnie dni do porodu i nie zwariować, za które była jej wyjątkowo wdzięczna. Wystarczająco się już stresowała.
- Niech pani pozdrowi ode mnie pana Weasley’a – zawołała na pożegnanie i wyszła za Snape’em do ogrodu.
- Słuchaj – zaczął, gdy wyszli poza zabezpieczenia Nory – tak naprawdę nie powinnaś się aportować, jednak proszek Fiuu jest o wiele bardziej niebezpieczny. Pociąg trwa zdecydowanie zbyt długo i również nie jest do końca wskazany. Będziemy aportować się razem i to ja będę prowadzić. Nic nie rób, zachowuj się, jakbyś nie potrafiła tego robić, dasz radę?
- Tak sądzę. Dziecku nic nie będzie?
- Nie, jeżeli będziesz mnie słuchać – odparł, unosząc jedną brew do góry. – Pytania?
- Co z Draco?
- Zostawmy to na później. Złap mnie za rękę – wyciągnął do niej dłoń, uprzednio wysyłając kufer do szkoły. Hermiona przez chwilę na niego patrzyła, po czym bez wahania ujęła go za rękę. Była duża, spracowana i zdecydowanie bezpieczna oraz znana. Chwilę później okręcili się w miejscu i aportowali. Lądując, tylko dzięki Severusowi nie straciła równowagi. Przytrzymał ją i gdy upewnił się, że stoi o własnych siłach, puścił. Odniosła wrażenie, że zrobił to o wiele szybciej, niż by chciał. W dodatku unikał jej wzroku.
- Zachowujesz się jak słoń w składzie porcelany – mruknął, kręcąc głową z politowaniem. Potem ruszył szybkim krokiem w stronę szkolnej bramy, zostawiając ją samą.
- Snape! – krzyknęła za nim, robiąc parę kroków w jego kierunku. Mężczyzna zatrzymał się i powoli odwrócił. Posłał jej pytające spojrzenie, które jednocześnie mówiło, że się śpieszy. – Zdajesz sobie sprawę, że jesteś dupkiem?
- Sto punktów dla Gryffindoru, za spostrzegawczość, panno Granger! – zawołał sarkastycznie.
- Martwiłam się! Przez cały tydzień unikałeś mnie jak ognia. Nie raczyłeś nawet odpisać. Parę słów z pewnością by cię nie zabiło!
- Przecież odpisałem! – warknął, podchodząc bliżej. Teraz dzieliło ich tylko kilkanaście centymetrów. Hermiona odnosiła wrażenie, że ciepłe, letnie powietrze zamarzło.
- Dopiero wczoraj w nocy! A co z resztą tygodnia? Nie pojawiałeś się w Norze, a Dumbledore zbywał każde pytanie o ciebie. Wyobrażasz sobie, jak się czułam?
            Severus skrzywił się, słysząc jej słowa. Przez chwilę zastanawiał się co powiedzieć,  a Hermiona dała mu czas. Podczas jej nie obecności, stało się coś, co odsunęło ich od siebie.
- Gadaj z Dumbledore’em, to on cię ignorował. Ja nie zachowywałem się inaczej, niż normalnie – następnie odwrócił się na pięcie i odszedł, tym razem naprawdę zostawiając ją samą.
            Hermiona zacisnęła pięści, ale ruszyła za nim. Cokolwiek się stało, chciała wiedzieć. Jeżeli nie od niego, to od kogoś innego. Wszystko jedno.
            Minęło sporo czasu, kiedy stanęła przed gabinetem dyrektora. Odetchnęła głębiej, uspokoiła oddech i spojrzała z niechęcią na gargulca. Nie była w formie na zgadywanie hasła, dlatego wysłała patronusa z informacją, że stoi przed drzwiami. Moment później strażnik odskoczył i wpuścił ją do środka.
- Panna Granger – wskazał jej krzesło, naprzeciwko siebie - widzę, że Severus przeniósł cię bezpiecznie do Hogwartu.
- Tak, dziękuję, że go pan poprosił.
- Ja? – zmarszczył czoło, po czym uśmiechnął się ze zrozumieniem – to był jego pomysł. Nie wiem dlaczego, ale ten chłopak cały czas wypiera się dobrych rzeczy, które zrobił.
- Myślę, że nie chce się przyznać do własnych uczuć. W tej właśnie sprawie do pana przyszłam, dyrektorze – Hermiona uśmiechnęła się blado i spojrzała na zmęczoną twarz Dumbledore’a. Nie tylko Severus zmizerniał.
- Zamieniam się w słuch – zażartował i rozsiadł się wygodniej na krześle.
- Nie wiem co się stało, ale przez cały tydzień mnie ignorował – nawet pan to robił i jestem ciekawa dlaczego. Co się takiego wydarzyło, że zaczął mnie od siebie odsuwać?
            Dumbledore westchnął i wstał. Obszedł biurko i podszedł do okna. Spojrzał na Zakazany Las i dopiero później na Hermionę.
- On jest przerażony – odparł z prostotą, ignorując zszokowane spojrzenie dziewczyny. Skinął głową i kontynuował. – Spróbuj postawić się w jego sytuacji. Lada moment urodzi mu się syn – tuż przed wojną, której może nie przeżyć. Wszyscy znamy optymizm Severusa i wiemy, jaki jest ogromny.
- Chyba dalej nie rozumiem. Przecież przed końcem roku wszystko było w porządku.
- Hermiono, on został sam i zaczął myśleć. Jesteś młoda i piękna, pełna perspektyw na życie, które z pewnością nie dotyczą jego. Nie chce marnować ci życia i woli się poświęcić. Masz rację, ignorowałem cię przez ten tydzień, ale robiłem to ze względu na Severusa. Wieczorem, po zakończeniu roku, przyszedł do mnie całkowicie pijany i wymusił obietnicę, że nie będzie musiał pojawiać się w Norze.
- Chciał mnie zostawić? Tak bez słowa? – zapytała, czując, że jej głos robi się coraz bardziej piskliwy. Zacisnęła ręce na podłokietniku krzesła. Ona to sobie już nim porozmawia i odechce mu się na zawsze takich pomysłów!
- Chciał ofiarować ci wolność.
- Kretyński pomysł – warknęła pod nosem i moment później zorientowała się do kogo mówi – to znaczy… ja… przepraszam, profesorze.
- Nie ma za co. Uważam dokładnie tak samo jak ty – puścił jej oczko, ale zaraz spoważniał – Wczoraj, chyba za sprawą Marcela, zrozumiał swój błąd i przyszedł do mnie. Myślę, że dotarło do niego, co zrobił i chciał to naprawić. Poprosił mnie o przeniesienie tutaj ciebie. I tak planowałem to zrobić, więc naturalnie się zgodziłem. Severus wspominał, że za parę dni masz termin?
- Tak, teoretycznie pojutrze, ale pani Pomfrey i pani Weasley twierdzą, że muszę być gotowa w każdej chwili.
- Oczywiście, oczywiście. Jeżeli to wszystko, to…
- Już mnie nie ma – wstała z krzesła i uśmiechnęła się ciepło do dyrektora. – Dziękuję za pomoc. Czasem ciężko mi go zrozumieć, dlatego zwracam się do pana. Zna pan Severusa o wiele dłużej niż ja.
- A i tak mam problemy. Jest bardzo skomplikowany.
- To prawda. No nic… jeszcze raz dziękuję i do widzenia.

            Hermiona skierowała się do Skrzydła Szpitalnego, aby poinformować panią Pomfrey, że jest już w szkole. Pielęgniarka wcisnęła w nią przeróżne eliksiry i dopiero po upewnieniu się, że wszystko jest w porządku (czyli, po dobrych czterdziestu minutach) pozwoliła wyjść. Trochę rozbawiona, a trochę zirytowana ruszyła do Lochów. Musiała przecież porozmawiać z Severusem, wytłumaczyć mu, że dalej jest dla niej najważniejszy. Najwidoczniej jeżeli nie powtarzała mu tego raz na jakiś czas, zapominał. Potrzebował wyjątkowo dużo czułości, jak na kogoś, kto jej w żaden sposób nie okazywał.
            Uśmiechnęła się pod nosem i zeszła po schodach. Mogło ją to trochę drażnić – w końcu zachowywał się jak nabuzowana hormonami kobieta, a nie jak wieloletni szpieg doskonały, jednak wiedziała w co się pakuje i właśnie za to go kochała. Uwielbiała w nim tę niepewność i brak obycia w niektórych sprawach. Był taki nieporadny i nie wiedział jak się zachować, przez co często wybuchał złością. Pomimo tego, radził sobie coraz lepiej – pomijając te momenty, gdy był za długo sam i przychodziły mu poronione pomysły, takie jak ten ostatni.
            Bez problemy weszła do jego gabinetu, a później do pracowni. Domyślała się, że to tam go znajdzie. Zawsze, gdy nie wiedział co zrobić, zajmował się eliksirami. Praca pozwalała mu odpocząć i zaznać trochę spokoju. Rozumiała to, bo sama lubiła w ten sposób myśleć. Nie zauważył jej, bo stał tyłem, pochylony nad kociołkiem. Hermiona uśmiechnęła się lekko i podeszła bliżej. Pozwoliła sobie na głośniejszy krok, aby ją usłyszał. Nie chciała go zaskoczyć. Gdy się spiął, wiedziała już, że zdawał sobie sprawę z jej obecności. Nie odwrócił się jednak, dalej udawał, że jest zajęty pracą.
- Jesteś skończonym kretynem, Severusie, jeżeli pomyślałeś, że świetnym prezentem z okazji ukończenia szkoły, będzie zostawienie mnie samą. Mnie i Aleksandra, rzecz jasna. Niedługo urodzi ci się syn, więc lepiej uciec gdzie pieprz rośnie – oznajmiła spokojnym głosem, jednak nie odwrócił się. Przestał pracować, opierał się tylko o blat stołu, ale uparcie nie chciał na nią spojrzeć. – A może przestałam ci się podobać? Znudziłam ci się, dlatego lepiej zostawić starą zabawkę i znaleźć sobie nową?
- Bredzisz – warknął wściekle i wreszcie się odwrócił. Hermiona widząc jego twarz, cofnęła się ze zdziwienia. Zdecydowanie nie tego się spodziewała – jego mina wyrażała największe uczucie, na jakie było go stać. Oczy miał pełne miłości, wręcz pożądania.
- Ah, tak? – wyjąkała, całkowicie się zatracając w jego spojrzeniu. Nie mogła wydusić nic więcej.
- Kocham cię. Kocham cię jak głupi, ale nie chcę psuć ci życia. Możesz znaleźć sobie kogoś lepszego, kogoś z przyszłością.
- Nie chcę. Mówiłam tysiąc razy, że pragnę tylko ciebie i lepiej żeby to wreszcie do ciebie dotarło!
            Więcej nie musiała mówić. Severus w dosłownie dwóch krokach pokonał całą dzielącą ich odległość. Chwycił jej twarz w dłonie i namiętnie pocałował. Hermiona przymknęła oczy, delektując się jego smakiem i zapachem – czyli czymś, czego nie była w stanie nigdy zapomnieć. Smakował najlepiej na świecie.

            Obudziła się w środku nocy, czując się dziwnie. Pierwsze co zarejestrowała, to to, że znajdowała się w sypialni Severusa, przytulona do niego. Mężczyzna cicho pochrapywał jej do ucha i łagodnie przytulał do siebie. On naprawdę potrafił być czuły, chociaż nigdy w życiu by się do tego nie przyznał.
            Przez chwilę nie wiedziała, dlaczego się obudziła, jednak moment później to poczuła – skurcz, chociaż jeszcze dosyć łagodny. Przyłożyła dłoń do brzucha i przez jakiś czas leżała bez ruchu. Może zaraz wszystko ustanie, nie ma sensu budzić Snape’a. Zacząłby zrzędzić, coś o przewrażliwionych kobietach, które nie mogą w nocy spać. Odczekała jeszcze dwadzieścia minut i z każdym momentem była coraz bardziej pewna.
- Severusie – potrząsnęła nim łagodnie, ale na nie wiele się do zdało. Wypuścił ją z objęć i przewrócił się na drugi bok, dalej smacznie śpiąc. – Severus!
- Co do cholery…? – wysapał, od razu siadając i niespokojnie rozglądając się po pokoju.  Dopiero, gdy jego spojrzenie natrafiło na Hermionę, uspokoił się.
- Już czas – posłała mu blady uśmiech i skrzywiła się lekko.
- Na co? – zapytał, dalej nie rozumiejąc.
- Na spacer po błoniach w świetle księżyca – warknęła sarkastycznie i wniosła oczy ku niebu, błagając o cierpliwość – Chyba zaczęłam rodzić.
            Z zadowoleniem mogła obserwować, jak ta wiadomość do niego dotarła. Zaspanie na twarzy od razu ustąpiło miejsca podekscytowaniu i wyjątkowej niepewności. Zbliżył się do niej i uśmiechnął się.
- Jesteś pewna?
- Tak. Mógłbyś się wreszcie ruszyć – przypomniała mu, wykopując go z łóżka. Pierwszy raz za to nie oberwała, a wręcz zarobiła czuły pocałunek w czoło. Ubrał się i z powrotem obok niej usiadł.
- Zanieść cię?
- Nie ma takiej potrzeby. Bez problemu dojdę do Skrzydła Szpitalnego. Pani Pomfery powiemy, że spotkałeś mnie na korytarzu i oczywiście się mną zająłeś. Dżentelmen.
- Nie mam pojęcia, dlaczego powiedziałaś to z takim jadem – zakpił i wyszli z jego komnat.
            Hermiona szła powoli i od czasu do czasu się krzywiła. Gdy byli na trzecim piętrze, zatrzymała się na chwilę
- Jesteś blada jak ściana – skomentował niepewnie. Nie miał pojęcia jak się zachować, a ona swoją upartością wcale nie pomagała.
- Co ty nie powiesz – mruknęła i odetchnęła głębiej. Severus w końcu westchnął i bez ostrzeżenia wziął ją na ręce. Ignorując jej okrzyki, aby postawił ją na ziemi, ruszył do szpitala. Drzwi otworzył kopniakiem i zawołał Poppy, która przybiegła całkiem sprawnie.
- Panna Granger! – zawołała zdziwiona, jednak szybko ochłonęła -  Severusie połóż ją tam. Trochę delikatności, Merlinie!
- Nie zrzędź kobieto – mruknął pod nosem, ale tak cicho, aby tylko Hermiona to usłyszała, która zachichotała.
- Idź już, Severusie, zostaw nas same. No już, już!
- Pani Pomfrey, a czy profesor Snape nie mógłby… zostać? – zapytała niepewnie i zdusiła w sobie jęknięcie. Przyłożyła dłoń do brzucha, ale ból nie ustępował.
- Wykluczone! Ile masz już skurcze?
- Od jakiś czterdziestu minut – mruknęła i spojrzała na Severusa, który przyglądał jej się badawczo. Skinęła w końcu głową i ścisnęła jego rękę. Potem bez słowa wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego, zostawiając ją samą. Nagle poczuła się wyjątkowo niepewnie.

            Severus Snape naprawdę był opanowanym mężczyzną, jednak tej nocy nie mógł się uspokoić. Siedział pod wejściem do szpitala, wraz Potterem i Weasley’ami, których powiadomił, jak tylko został wyrzucony za drzwi. Nie zrobił tego oczywiście z własnej woli - kazała wysłać mu patronusa.
            Siedział obok bladego Pottera i słuchał wrzasków rozchodzących się po korytarzu. Wrzasków Hermiony, jego Hermiony. Trwało to już dobre parę godzin i nic. Najgorsze było to, że nie miał pojęcia ile to może jeszcze potrwać. Słońce zdążyło już wstać i był pewien, że minęło południe.
            W końcu wszystko ustało. Zaległa cisza, która ocuciła wszystkich. Ronald podniósł głowę i spojrzał na drzwi. Ginewra przetarła zmęczone oczy, a Potter wyprostował się na krześle. Nagle, drzwi się otworzyły i wyszła z nich zmęczona pani Pomfrey. Uśmiechnęła się jednak szeroko.
- To chłopiec. Zdrowy, silny chłopiec.
            Severus, który nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że wstał, opadł z powrotem na krzesło. Miał syna! Zamknął oczy i odetchnął z ulgą. Miał syna…